logo
strona główna sylwetka wywiady zdjęcia archiwum czat linki autorzy e-mail
en english version
wywiady
Lista:
Rozmowa z
Teofilem Czerwińskim
Rozmowa z Gosią
po Mistrzostwach Europy
Rozmowa z Gosią
w trakcie Pucharu Świata
Rozmowa z trenerem Andrzejem Niemczykiem
po Pucharze Świata
Rozmowa z Gosią
po Pucharze Świata

Małgorzata Glinka dla "Gazety": Zero ściemy

Jak przy boisku stoi facet, który nad wszystkim nie panuje, to ja nie panuję nad sobą. Jak darzę trenera autorytetem, to gram dobrze - wyjawia tajemnicę swojego sukcesu najlepsza siatkarka mistrzostw Europy

Rafał Stec: Finał był lekki, łatwy i przyjemny, więc chyba świętowałyście do białego rana?

Małgorzata Glinka: Aż tak długo nie, bo mimo wszystko byłyśmy wyczerpane. Na bankiet poszłyśmy, ale tańczyłyśmy z Turczynkami właściwie tylko z grzeczności, zwłaszcza że puszczali turecką muzykę, która np. mi zupełnie się nie podoba. Jak dopełniłyśmy obowiązków, wróciłyśmy do hotelowych pokojów, spotkałyśmy się z trenerami, ekipą i jeszcze raz wspominałyśmy najpiękniejsze chwile. Znów przeżywałyśmy finał, który powtarzała turecka telewizja.

Wczoraj byłyście oszołomione sukcesem. Czy kilkanaście godzin po triumfie nabrałaś już dystansu do tego, co się stało?

- O dystans trudno, bo to było coś naprawdę pięknego. Szczerze każdemu życzę, by choć raz w życiu przytrafiło mu się coś tak niesamowitego. Uświadomiłam sobie jednak, że to półfinałowy pięciosetowy mecz z Niemkami najbardziej przeżyłam. To był właściwy finał, bo Turczynki od początku sprawiały wrażenie kompletnie zablokowanych. Nie wiem, jak one mogły wygrać cztery mecze bez straty seta. My grałyśmy spokojnie, stuprocentowo skoncentrowane, bo spodziewałyśmy się, że kibice nas wygwiżdżą, że zrobią wszystko, by pomóc swoim. Byłyśmy gotowe na to, co dzień wcześniej musiały znosić Niemki, gdy publiczność sprzyjała nam. Okazało się, że aż tak źle nie było.

To Wasza zasługa, bo już po kilku akcjach uciszyłyście trybuny...

- Kiedy cały czas prowadzi się czterema, pięcioma punktami, publiczność traci całą moc, jej starania przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Zresztą Turkom było naprawdę trudno kibicować, kiedy zobaczyli na własne oczy, że jesteśmy o klasę lepsze.

Cały turniej grałyście horrory, a finał wyglądał jak sparing...

- Dobrze, że ten finał był łatwy, bo już nie miałam sił. To znaczy, gdyby było trzeba, pewnie bym jeszcze jakieś znalazła, bo emocje, stawka robią swoje. Ale naprawdę jestem bardzo zmęczona... W każdym razie nastawiałyśmy się na znacznie cięższy mecz. Turczynki nie wytrzymały presji. Atmosfera niby miała im pomagać, ale turecki prezydent na trybunach, cała ta otoczka strasznie je sparaliżowała. Na pewno miały nadzieję, że dadzą nam radę, dla nich to też byłoby pierwsze złoto. Jak dla nas. Tyle lat nie było nic, żadnego medalu, ale musisz przyznać, że jak ruszyłyśmy do przodu, to na całego! (śmiech)

Czy ten spektakularny finisz oznacza, że z dnia na dzień stawałyście się w Turcji lepszym zespołem?

- Zbierałyśmy doświadczenie - były mecze, w których prowadziłyśmy 2:0, a kończyły się dramatycznie, były trzy tie-breaki. Po takich nauczkach zdawałyśmy sobie sprawę, że nie możemy odpuścić żadnej piłki, bo wystarczy, że Turczynkom wyjdzie jakaś akcja, trochę się rozegrają, publiczność też się rozgrzeje, my się zdeprymujemy, i będzie ciężko. Każdy mecz nas czegoś uczył i myślę, że w ten tydzień z okładem zrobiłyśmy duży krok do przodu. Na turniejach raczej nie szło nam dobrze i tutaj też miałyśmy trudne momenty. Gdyby Bułgaria nie wygrała z Włoszkami [sensacyjna porażka mistrzyń świata pomogła Polkom w awansie do strefy medalowej - red.], nie wiadomo, jak potoczyłyby się te mistrzostwa... Ale to było przeznaczenie, ktoś nad nami czuwał. Choć oczywiście nie uważam tego za cud, bo nigdy nie jest tak, że trzej faworyci zajmują trzy czołowe miejsca. Na każdych mistrzostwach są niespodzianki, odpada ktoś, kto odpaść nie powinien. My zaskoczyłyśmy chyba całą Europę, bo Europa nie widziała, by Polki grały tak dobrze w siatkówkę. Coś mi się wydaje, że zdopingowała nas także ta bardzo przykra kontuzja Joanny Mirek [doznała urazu na kilka minut przed inauguracyjnym meczem z Holandią i w pierwszej szóstce zastąpiła ją Małgorzata Niemczyk-Wolska - red.].

Czujesz, że to nie był incydent, że osiągnęłyście pułap, z którego długo nie zejdziecie?

- Przypadku nie było na pewno, bo sześciu meczów nigdy nie wygrywa się przypadkiem. A czy utrzymamy ten poziom? Wiem tyle, że jesteśmy na fali, że na boisku czujemy się dobrze. Co będzie dalej, nie wiem. Rok temu Włoszki zdobyły mistrzostwo świata, wybuchł wielki boom na ich reprezentację, a teraz skończyły ME na szóstym miejscu. I to też nie był przypadek, kwestia jednego słabego dnia! One cały turniej grały źle, nie poznawałam ich, to nie były dziewczyny, które znam z ligi włoskiej. Nie wiem, co się z nimi stało. Może to stres od tego nieustannie słuchania, że muszą przywieźć złoto? Może to szkodzi?

Przed Wami nikt nie stawiał wielkich wymagań, ale to się teraz diametralnie zmieni...

- Trzeba się przyzwyczaić. Lepsze to, niż to, co było. W tamtym roku wyniki reprezentacji bardzo mnie rozczarowały, tak bardzo, że w tym sezonie zastanawiałam się, czy w ogóle przyjeżdżać na kadrę... Ale w tym roku skład się zmienił, zabrakło dziewczyn, które dopiero się uczą grać w siatkówkę. To jest ważne, bo nie można wciąż się uczyć. Trzeba czasem coś wygrać, zamiast wiecznie robić postępy i słuchać, jaki się ma talent. Potrzebne były dziewczyny doświadczone, także grające zagranicą, których nie deprymuje byle niepowodzenie.

Co Cię ostatecznie przekonało, by nie rezygnować z kadry?

- Osoba trenera Niemczyka. Znajomi, którzy grali kiedyś w siatkówkę, stwierdzili, że to świetny fachowiec, ze wspaniałym podejściem do zawodniczek. To było dla mnie ważne, bo w ostatnich latach trochę się zawiodłam na szkoleniowcach. Poznałam trenerów zagranicą i kiedy przyjeżdżałam do Polski, nie mogłam się odnaleźć.

Niemczyk od nich nie odstaje?

- Wręcz przeciwnie.

Na czym polega to "podejście"?

- Przede wszystkim cenię go za otwartość i bezpośredniość. Jak coś zawalisz, to wali prosto z mostu: "zawaliłaś". Nie dzieli grupy na zawodniczki gorsze i lepsze, którym mówi "ty możesz sobie na to i na to pozwolić".

Zero ściemy?

- Zero. Rozmawiamy tylko szczerze. Drugi jego atut to autorytet. Dla mnie osobiście to niesamowicie ważne. Jak darzę trenera autorytetem, to gram dobrze. Jak siedzi na ławce facet, który nad wszystkim nie panuje, to ja nie panuję nad sobą.

On sam twierdzi, że nauczył Was odpowiedzialności, że przekonał, iż Wasz los jest w Waszych rękach...

- Ja bym powiedziała, że nam ufa. I o to chodzi. Każda z nas wie, po co przyjeżdża na zgrupowanie. Na obozach nie zamyka nas w pokojach i powtarza, byśmy się koncentrowały na celu. A tak już jest, że kiedy ktoś ci zabroni wychodzić, to wyjdziesz. Nie ma zakazanego owocu, nie ma pokus. Dla niego liczy się tylko dobry trening i dobry mecz.

W Europie nie ma mocnych, to teraz jedziecie po Puchar Świata?

- Teraz rozjeżdżamy się do klubów, za trzy tygodnie spotykamy się na zgrupowaniu i zaczniemy myśleć o następnych celach.

Są jakieś zespoły, które trzeba jeszcze gonić?

- Brazylijki i Chinki. Mają umiejętności i świetny styl.

Z nimi będzie walka o Puchar Świata?

- Mam nadzieję, że nie. Musimy zaraz grać z faworytkami? Niech znowu odpadną wcześniej... (śmiech)

Teraz będzie patrzył na Was cały kraj. Nie miałyście żalu, że dotąd liczyła się tylko męska reprezentacja - ona miała pełne hale, sponsora, transmisje telewizyjne...

- Nie możemy mieć pretensji do chłopców, najwyżej do zarządzających tym wszystkim. Z drugiej strony nic wcześniej nie ugrałyśmy, więc nie mogłyśmy oczekiwać, że ktoś da nam coś za darmo. Oni zdobyli popularność dzięki Lidze Światowej w Polsce. Zasłużyli na nią.

Nie masz małej satysfakcji, że ich przebiłyście?

- Znaczy, że jesteśmy lepsze od chłopaków? Pewnie, że mamy... Jak to kobiety. Ale poważnie mówiąc, do głowy by mi nie przyszło, że jestem od nich lepsza. W ogóle w ten sposób nie myślę.

Ale o sponsorze chyba tak...

- To jest najważniejsze. Ze sprzętem, jaki mamy, nie możemy pojechać na Puchar Świata. To byłby wstyd.

Jakbyś zareklamowała waszą drużynę?

- Hm... Może tak: Nie jesteśmy piękne tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz. Jesteśmy drużyną z sercem, gramy na maksa, na pewno nie będziecie żałować, że nam pomagacie.

Jak przyjmujecie to, że kibice koncentrują się nie tylko na Waszych walorach sportowych?

- Z uśmiechem. Wszystkie dziewczyny lubią komplementy, a my jesteśmy normalnymi dziewczynami. Dobrze, że ludzie widzą w nas nie tylko sportsmenki, ale i kobiety.

Spodziewacie się fety na lotnisku Okęcie? [rozmawialiśmy na lotnisku w Stambule, tuż przed odlotem do Warszawy - red.].

- Docierały do nas wieści, że kraj się cieszy, ale z daleka tego nie czułyśmy. Jak ktoś przyjdzie na lotnisko, będzie miło. Jak nie będzie nikogo, poczujemy się normalnie. Jak zawsze. [Trzy godziny później Glinka miała szczęście, że kibice jej nie stratowali - red.].

Dodano 07-11-2003 12:55 (źródło: gazeta.pl)

strona główna  sylwetka  wywiady  zdjęcia  archiwum
czat  linki  autorzy  e-mail
WWW.FRIKO.PL
COPYRIGHT © 2003  www.glinka.friko.pl